Minister Kultury lekką ręką wydaje 6 mln na Świątynię Opatrzności Bożej, a twórcom kultury dokręca bolszewicką śrubę

Połowę wszystkich środków przeznaczonych przez ministra Zdrojewskiego w ramach dofinansowania projektów instytucji kultury otrzymała właśnie Świątynia Opatrzności Bożej. Owe 6 milionów złotych pójdzie na jedynie słuszną wystawę o Janie Pawle II (jedną z tysięcy w całym kraju) oraz o zażartym antysemicie Stefanie Wyszyńskim.

Pan minister zrobił to omijając prawo bardzo wyraźnie zabraniające dotowania z publicznych pieniędzy obiektów kultu, i pomimo miażdżącej opinii NIK-u z 2012 roku o podobnie wysokiej dotacji (4 miliony złotych) przeznaczonej na budowę tej samej, upiornej i przytłaczającej budowli. Ja już pomijam fakt, że wobec systematycznego i nieodwracalnego spadku liczby wiernych uczęszczających na msze, budowa kolejnej i to tak gigantycznej, tak drogiej świątyni – dotąd pochłonęła już ponad 140 milionów – wydaje się absurdem, ale uporczywe, pozaprawne dofinansowywanie jej z budżetu państwa jest aktem antyspołecznej anarchii i skrajnego lizusostwa wobec coraz bardziej bezwzględnego w swych żądaniach kleru.



Kościół jak to Kościół walczy o swoje, najchętniej o władzę, pieniądze i wpływy. Ale czy demokratycznie wybrany rząd ma prawo obdarowywać go tak hojnie z naszych pieniędzy? Nie ma! Ministerstwo kultury jest mecenasem kultury a nie kultu! PO prześciga się w ten sposób z talibami z PiSu, którzy uradzili właśnie, że kiedy dojdą do władzy, będą oceniali, która sztuka jest swoja, a która obca i „destrukcyjna” i od tego uzależniali finansowanie jej z budżetu lub nie.

Panie Tusk i Panie Zdrojewski, dobrze wiecie, że w tym konkursie i tak z nimi nie wygracie! Dlaczego zatem to robicie? Dlaczego roztrwaniacie tak olbrzymie pieniądze, oportunistycznie usiłując wkraść się w łaski skrajnej, i tak was nienawidzącej, zapiekłej w swej mrocznej krucjacie prawicy? Zbliżają się wybory: europejskie, samorządowe i parlamentarne. Liczycie pewnie na to, że księża wam to zapamiętają, że was poprą z ambony, że nie będą nawoływali do świętej wojny z wami i wypną się na pisowskich talibów? Wasze niedoczekanie!

Jednocześnie ten sam minister i jego urzędnicy potulnie, a może i entuzjastycznie akceptują kolejny akt bolszewickiego dokręcania śruby inteligencji. Rękami najkrwawszego zabójcy kultury polskiej, Jacka Vincenta Rostowskiego i z błogosławieństwem kanclerza Tuska, została polskiej inteligencji odebrana, wywalczona jeszcze przed wojną, możliwość rozliczania podatków na podstawie zasady 50-cio procentowych kosztów uzysku. W ramach wspierania intelektualnego i duchowego rozwoju społeczeństwa, przez dziesiątki lat państwo polskie pobierało od twórców kultury, architektów, dziennikarzy i uczonych, podatek tylko od połowy ich przychodów, uznając, że ludzie ci nie mając stałej pensji i regularnych dochodów oraz zmuszeni z własnej kieszeni pokrywać koszty materiałów, narzędzi, wynajmu pracowni, mediów, związanych z pracą podróży, wynagrodzeń podwykonawców, druków, itd., wymagają szczególnej opieki. A w każdym razie odrębnego traktowania.

I to nie po to, żeby ich faworyzować, tylko dlatego, że te wydatki ponoszą oni w ramach pracy a nie dla wygody. Od czasów walczącego o to wsparcie Tadeusza Boya-Żeleńskiego nikt – łącznie z Balcerowiczem - nie śmiał tej zasady ruszyć, a Tuskowi z Rostowskim i Zdrojewskim nawet nie zadrżała ręka.

Inteligenci i artyści też potrafią liczyć. Pozakładali więc firmy w ramach sektora, który nazywa się działalność artystyczna i literacka. Od przychodów z takiej działalności można odprowadzać VAT lub podatek liniowy. I jak wszyscy inni przedsiębiorcy odpisywać sobie od tego podatku uzasadnione koszty. W porządku, zgodnie z prawem i sprawiedliwie. Bo czemu mieliby być traktowani gorzej niż inne podmioty? Otóż właśnie! Okazuje się, że zgodnie z interpretacją poszczególnych izb skarbowych, polscy twórcy nie mają prawa do równego traktowania. Dyrektorzy tych izb, po skalkulowaniu na czym fiskus więcej zyska, mogą danego delikwenta potraktować albo jak przedsiębiorcę albo jak twórcę, który płaci podatek na podstawie ogólnych zasad. Dość to upraszczam, ale mniej więcej o to tu chodzi. Zatem prawo nie jest jednoznaczne i jest tak stanowione, aby można je było dowolnie interpretować zależnie od ewentualnych korzyści, jakie może z tego czerpać państwo.

Pytam się więc tej „liberalnej” i „prorynkowej”, „europejskiej” władzy, co z wolnością gospodarczą, co z równym traktowaniem podmiotów gospodarczych? Bo już o wspieranie kultury narodowej i duchowy rozwój społeczeństwa nawet mi się nie chce. Nie ma kogo. Czysty populistyczny fiskalizm i antyinteligencki bolszewizm pomieszany z kulturowym konserwatyzmem i radykalnym klerykalizmem. Ta partia to jakieś aksjologiczne horrendum!
Trwa ładowanie komentarzy...