Patrząc na płomienie spalonej wówczas kukły prezydenta, nie widzieliśmy w nich jeszcze zarzewia tego gigantycznego pożaru, który dziś nas trawi, choćby niedawno na Placu Zbawiciela w Warszawie. I niszczy krok po kroku kolejne, z mozołem odbudowywane po peerelowskiej dewastacji, wątłe jeszcze obszary wolności. Wolności obyczajowej, wyznaniowej, światopoglądowej, intelektualnej, artystycznej. Wolności wyboru, sumienia, wypowiedzi. Wolności we własnym łóżku, wolności publicznego okazywania uczuć. Wolności myśli, duszy i ciała. Wolności, która daje człowiekowi poczucie godności, siłę, otwiera mu horyzonty, pobudza wyobraźnię, rozwija jego człowieczeństwo, wzmaga głód poznawczy, ambicję. Wolności, która prowadzi go do tej galerii, tego kina i tego teatru jakie sam wybierze, w jakich szuka odpowiedzi na swoje potrzeby.
Wieloletni proces autorki słynnej „Pasji”, Doroty Nieznalskiej, zniszczenie rzeźby Jana Pawła II w Zachęcie i wymuszenie dymisji kierującej nią wtedy Andy Rotenberg (która musiała się przy okazji naczytać o żydowskim spisku antypolskim i antykościelnym, jakiego była uczestnikiem), powtarzające się oblewanie czerwoną farbą posągu Generała Świerczewskiego, kłopoty wielu galerii w całym kraju regularnie nawiedzanych i zastraszanych przez LPR-owskich i PiS-owskich samorządowców i posłów, ich i biskupów ataki na Teatr Wierszalin wystawiający „Ofiarę Wilgefortis”, na Teatr Polski w Bydgoszczy wystawiający „Popiełuszkę”, spalenie instalacji „Tęcza” Julity Wójcik, protest fanatycznych wiernych pod siedzibą Centrum Sztuki Współczesnej i w jego wnętrzu, gdzie pokazywana była „Adoracja Chrystusa” Markiewicza, protest, który był swego rodzaju okupacją, agresją niemal uniemożliwiającą odwiedzającym zapoznanie się z tą i innymi pracami i zakończony oczywiście obrzuceniem projektora i ściany jajkami i farbą, aż wreszcie zorganizowany przez środowisko Gazety Polskiej atak na Stary Teatr w Krakowie, czyli przerwanie przez kilkudziesięciu wyznawców jedynej prawdy spektaklu Jana Klaty „Do Damaszku”. Swoją drogą przywódcą tej żenującej intifady, w każdym razie najgłośniej wykrzykującym i wygrażającym aktorom jej uczestnikiem, okazał się fotograf dawniej związany z tą sceną, dawniej, czyli w czasach, w których była prawdziwie polska, narodowa i święta. Bo teraz jest ladacznicą. Wybitna polska aktorka stała na scenie i słuchała, że jest k…wą, a wybitny aktor, że jest zdrajcą.
Ta absurdalna interwencja miała być wyrazem sprzeciwu wobec deprawacji, zaprzaństwa i lewactwa, szargania i deptania narodowych świętości, jakich dopuszcza się dyrektor Jan Klata. W tym przypadku chodziło o scenę, w której ubrani aktorzy nieco żartobliwie imitują akt miłosny. Chwała Bogu, że nie widzieli „Oczyszczonych” Warlikowskiego, bo widok całujących się nagusów jednej płci mógłby się skończyć ukamienowaniem aktorów, a już na pewno atakiem kilkudziesięciu niemłodych już serc gorliwych obrońców czystości.
Trochę się wyśmiewam, ale sprawa jest śmiertelnie poważna. Jest poważna, gdyż to szaleństwo rozlewa się jak epidemia, i ponieważ coraz szersze rzesze wiernych wyznawców otumanionych przez swoich ultrakatolickich, faszyzujących idoli w rodzaju Artura Zawiszy - coraz częściej i coraz powszechniej pozwalają sobie na coraz bardziej zuchwałe, coraz brutalniejsze, coraz bardziej bezwzględne ataki na obiekty kulturalne. Spalenie „Tęczy” i następujące po nim pełne radosnej satysfakcji komentarze prawicowych oszołomów, posłów i publicystów, zwiastować może przejście do nowej fazy wojny polsko-polskiej. Do fazy bezpośredniej, siłowej konfrontacji.
Ziemkiewiczowi przy okazji przypomniało się, że „Palma” Rajkowskiej przy rondzie de Gaulle’a też jest antypolska i wszawa, bo przecież nawiązuje do historii Alei Jerozolimskich, a one prowadziły do żydowskiej osady Nowa Jerozolima. Poza tym jest obiektem obcym, bo drzewo to nie występuje w Polsce. Obiektem, podobnie jak „Tęcza”, pięknym, a jak wiadomo piękno i radość są wrogami polskości numer jeden. Piękno to gejowskie i antypolskie pojęcie. Polacy najlepiej czują się w brzydocie, brudzie, szarości, liszajach, zaciekach i błocie. I choć owi „mityczni” Polacy nigdzie nie byli i niczego nie widzieli, uwielbiają najgłośniej krzyczeć, że wszystko, co polskie jest najlepsze, najpiękniejsze, najwspanialsze, bo nasze! I dobrze. Każdy może myśleć, co chce. Ale wara, wara od wolności wymiany myśli, wara od artystów, od galerii, teatrów, filharmonii, oper i kin. Wara od naszej kultury. Naszej wspólnej, nie waszej czy naszej, ale tej, do której każdy ma dostęp, i z którą każdy może podjąć dialog bez konieczności rzucania w nią kostką brukową. Która przynosi nam prawdziwą chlubę i jest naszym najlepszym ambasadorem, wizytówką na świecie. Każdy może uprawiać sztukę, o ile czuje wole bożą i dysponuje jakimś talentem. Każdy może być odbiorcą takiej sztuki, jakiej potrzebuje. Jak coś się komuś nie podoba, to może wyjść, często również oddać bilet, a na ulicy odwrócić wzrok i nie patrzeć na to, co tak cieszy i zachwyca innych, a jego oburza. I iść tam, gdzie pokazują sztukę „narodowo, ideowo i moralnie czystą”, bardziej „aryjską”, bardziej „najszą”, swojską, baśniową, ludową, czy jaką tam chcecie.
Jeśli tak bardzo martwię się o naszą wolność, to także dlatego, że przedstawiciele władzy albo boją się tej wolności bronić albo ataki na nią cynicznie wykorzystują w swojej grze o tron. Ten pierwszy przypadek to tchórzliwa reakcja ministra Zdrojewskiego na zadymę z „Adoracją…” w CSW, czyli wypowiedź, że z powodu „kontrowersyjności” wystawy nie dofinansował jej z budżetu ministerstwa kultury. Bardzo niebezpieczny precedens, będący zarazem oczywistym ugięciem się przed naporem ultrakatolickiego terroru.
Drugim z kolei jest lekkomyślny, ale ewidentnie świadomy brak ochrony instalacji Wójcik na placu Zbawiciela w Warszawie. Każde dziecko wie, że jeśli „Tęcza” znajdzie się na drodze oszalałego, zdziczałego pochodu „wykluczonych” frustratów, zostaną z niej tylko zgliszcza. Każde dziecko to wie, ale władze miasta i policja nie wiedzą. Czy przypadkiem nie o to chodziło, żeby spłonęła i abyśmy znowu ujrzeli brzydką, krwawą, rozpaloną twarz polskiej prawicy? Żebyśmy znów szukali ratunku w ciepłych objęciach matki o imieniu PO? Czy nie właśnie dlatego po kilku długich miesiącach od jej poprzedniego spalenia odtworzono ją dosłownie parę dni przed 11 listopada? Czy potraficie Szanowni Państwo spod znaku Platformy z ręką na sercu i patrząc sobie w oczy w lustrze zaprzeczyć tej tezie?
Bardzo doceniam stanowczą deklarację Pani Prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz w sprawie odtworzenia „Tęczy”. Ale chciałbym wobec tego zapytać, czy Pani oraz Pani Ewie Gawor z miejskiego Biura Bezpieczeństwa naprawdę nie przyszło przed marszem do głowy, co się może stać? Czy nie o to właśnie chodziło, żeby się znowu wykazać przed Najjaśniejszym Przywódcą i zameldować „wykonanie zadania”?
